wtorek, 16 grudnia 2014

Masz problem? Ośmiesz go!

"Ja chcę tak żyć. Że po prostu, żeby się śmiać z tych problemów, które sami sobie stwarzamy. Dlaczego ja mam się denerwować? Tak staram się układać swoje życie. Jeżeli jest problem w domu, to ja staram się ten problem ośmieszyć, bo on wtedy nie ma znaczenia, on przestaje być problemem."

Cezary Pazura

Te proste, a jednocześnie niezwykle mądre słowa wypowiedziane przez jednego z najpopularniejszych polskich aktorów i komików, mogą okazać się receptą na szczęście dla wielu z nas. Faktem jest bowiem, że często sami stwarzamy sobie problemy, wyolbrzymiamy kłopoty lub po prostu martwimy się "na zapas". Wielu z nas jest mistrzami w tworzeniu czarnych scenariuszy, zarówno w kwestii drobiazgów jak i poważniejszych problemów. A przecież można inaczej! I najlepszym dowodem na to jest młody komik Jack Caroll, który potrafi śmiać się nawet z własnej, nieuleczalnej choroby.



Czy to rzeczywiście koniec świata?

Przypomnijmy sobie rzeczy, o które martwiliśmy się w przeszłości, a z których dzisiaj się śmiejemy. Przyłapanie na ściąganiu w liceum? "Kompromitacja" wśród znajomych? Niezdany egzamin na studiach, który i tak poprawiliśmy w drugim terminie? Skoro dziś potrafimy podejść do tych kwestii z dystansem, spróbujmy w ten sposób reagować na problemy, z jakimi zmagamy się tu i teraz. I choć nie wszystkie nieszczęścia możemy swobodnie zignorować, to znaczną część kłopotów - owszem.

Kłania się tu opracowany przez ś.p. pisarkę Joannę Chmielewską "Sposób na chandrę". Choć nie zawsze prezentował on gotowe rozwiązanie na nieszczęście, to jednak przelanie problemu na papier i próba znalezienia choć tymczasowego sposobu zaradzenia złu, podnosiła na duchu. Jak miało to działać? Wyjątkowo prosto.

Wystarczyło na kartce, w jednej kolumnie, spisać wszystkie aktualne nieszczęścia, a w kolumnie obok - pomysły na ich usunięcie. Na przykład:

1. Zgubiłam ulubiony pierścionek! - 1. Nie potrzebuję go teraz, na pewno znajdzie się przy okazji.
2. Nie mam pieniędzy! - 2. Jak masa innych osób.
3. Straciłam adoratora! - 3. To raczej jego strata, nie moja.
4. Nie wyrobię się z pracą! - 4. Posiedzę w nocy i zdążę.
5. Cierpię na apatię... - 5. Przeczekam, aż mi przejdzie.

Choć te "złote rady" nie zawsze są w stanie problem rozwiązać, to jednak pozwalają nabrać do niego dystansu, a to już krok w dobrym kierunku.

Gdy nic nie działa

Oczywiście jeśli cierpimy z powodu depresji, nasz umysł skutecznie odmawia przestawienia myśli na bardziej optymistyczne "tory" i w tej sytuacji potrzebna jest już pomoc specjalisty. Wówczas warto sięgnąć po telefon i wykręcić numer do poradni psychologicznej, w której uzyskamy pomoc (w Warszawie takim numerem jest choćby 504 242 340).

środa, 26 listopada 2014

Chce się żyć!

"Chce się żyć" to inspirujący film o Mateuszu, który z powodu porażenia mózgowego zamknięty jest w swoim ciele. I choć wszystko rozumie, nie ma możliwości porozumiewania się ze swoim otoczeniem. Do czasu odkrycia przez chłopca języka Blissa.

Po obejrzeniu tego filmu, wzruszającego, ale i dającego nadzieję, dochodzi się do wniosku, że nasze codzienne zmartwienia tak naprawdę nie są dramatami, a jedynie przeszkodami DO POKONANIA. Proste marzenia, jak pójście na spacer, wycieczka do kina - jeśli tylko chcemy, możemy je zrealizować. W przeciwieństwie do Przemka (to on stał się jedną z inspiracji dla stworzenia postaci Mateusza).



Choć to straszne, często dopiero widząc cierpienia innych osób uświadamiamy sobie, że tak naprawdę nie mamy tak wielu powodów do załamywania się, jak mogło by się nam wydawać. Na dręczące nas choroby - istnieją leki. Gdy coś nas boli - możemy o tym powiedzieć, a już samo "wyrzucenie z siebie" bólu słowami, daje pewną ulgę. Jakbyś jednak czuł/a się zamknięta w więzieniu własnego ciała, przez ponad 25 lat? Jak działałoby na Ciebie określanie Twojej osoby "rośliną", z którą nigdy nie będzie kontaktu?

Po obejrzeniu filmu nie tylko możemy poczuć wstyd na nasze codzienne narzekania, ale może obudzić się też w nas moc i chęć pomagania innym. Cierpliwość i wyrozumiałość dla drugiego człowieka. Mamy możliwość spojrzenia na siebie i stwierdzenia "Dobrze jest!". Naprawdę "Chce się żyć!". A w chwilach zwątpienia wróćmy do filmowego Mateusza i setek osób, które są w jego sytuacji. Zastanówmy się, co możemy dla nich zrobić. Mając do dyspozycji mowę, poruszające się zgodnie z naszymi pragnieniami ręce i nogi. Być może właśnie wolontariat okaże się tym, co pozwoli nam zapomnieć o własnych problemach, ułatwi pomoc innym. I sobie.

Nie bójmy się odmienności! 


sobota, 15 listopada 2014

Pigułka szczęścia

Kiedyś takim mianem określano Prozac. Branie go było wręcz modne, a społeczeństwo w krajach zachodnich okrzyknęło go "pigułką szczęścia". Od tamtego czasu minęło kilkadziesiąt lat i Prozac stosowany jest już coraz rzadziej. Ale przemysły farmaceutyczne nie dają za wygraną! Na rynek trafiają kolejne leki mające łagodzić stany lękowe i przeciwdepresyjne, a wiele osób łyka je wręcz z lubością wierząc, że po nich znikną wszystkie ich problemy. Tak się jednak nie dzieje. Dlaczego?

"Organizm człowieka został przystosowany do radzenia sobie w trudnych sytuacjach bez udziału chemii. I bez problemu dawalibyśmy sobie radę nadal, gdyby nie obecne realia" - mówi +Monika Firlej, z wykształcenia psycholog - "Niestety dziś musimy być ciągle w formie, nie możemy pozwolić sobie na wolny dzień. Jeśli zatem lekarz mówi: po tym poczujecie się lepiej, bez zastanowienia chwytamy zaoferowany nam środek."

Jak się jednak okazuje, wiele leków mających łagodzić depresję, nie wystarcza. Lekarze dokładają więc do nich kolejne - na pobudzenie, na sen, psychotropy. Pacjent wychodzi od lekarza z receptami i rozpoczyna kurację. Uprzedzony, że pierwsze pozytywne efekty może zauważyć dopiero po kilku miesiącach, karnie łyka przepisane mu pigułki. Czy rzeczywiście jednak one pomagają?

"W dużym stopniu tak, o ile lekarz wie jak połączyć ze sobą konkretne specyfiki i z góry zastrzega, że po kilku miesiącach konieczne będzie stopniowe uwalnianie się od leków. Problem w tym, że zachwycony działaniem chemii pacjent, wcale tego nie chce!" - kontynuuje +Monika Firlej.

kobieta na haju
Młoda kobieta na haju wywołanym lekami psychotropowymi

I trudno się temu dziwić. Pierwsze miesiące i kolejne tygodnie, często przynoszą poprawę. Leki nasenne pozwalają się wyspać, człowiek jest pełen energii, apatia gdzieś znika. Gdy jednak na kolejnej wizycie u lekarza słyszy, że poprawa jest znaczna, można więc powoli leki odstawiać, w pacjencie pojawia się bunt. Uwierzył w nieograniczoną moc leków i ani myśli się z nimi rozstawać.W skrajnych przypadkach udaje się do innego lekarza, powtarza swoją historię, wspomina, że kiedyś świetnie podziałał na niego taki oto zestaw (...) i bardzo prosi o powtórzenie leków, które oczywiście w stosownym czasie odstawi.

"To błędne koło. Jeden pacjent potrafi odwiedzić nawet kilkunastu lekarzy, błagając, prosząc, zmyślając coraz to nowsze historie tylko po to, by dostać upragniony lek. I cóż - zwykle faktycznie go dostaje" - podsumowuje +Monika Firlej. 

Niestety leki psychotropowe i nasenne mają silne skłonności uzależniające. Wpływają na organizm i psychikę. Dotychczasowe dawki przestają wystarczać, pacjent więc na własną rękę bierze coraz więcej i więcej. Dramat przerywa zwykle dopiero przyjazd pogotowia po przedawkowaniu, a kolejnym krokiem jest już hospitalizacja.

Dlatego też warto działać w chwili, w której orientujemy się, że coś jest nie tak. Że ukochane leki zaczynamy nosić przy sobie, że podwajamy dawki, a pudełka z farmaceutykami skrzętnie chowamy w różnych miejscach w domu - tak na wszelki wypadek. To sygnał alarmowy, którego nie możemy przegapić. Co wtedy zrobić? Jak najszybciej zgłosić się do psychologa a gdy to nie wystarczy, pomocy szukać w zamkniętym ośrodku leczenia uzależnień. Odstawienie leków nie jest bowiem prostsze niż rezygnacja z picia czy nadużywania narkotyków. I może nie tylko zrujnować zdrowie, ale także - i nie bójmy się tego określenia - zabić. Dlatego też jak najszybciej należy skierować się do specjalisty, który pomoże nam powrócić do normalnego życia. Bez chemii.

Treści publikowane na tym blogu mają wyłącznie charakter informacyjny i nie mogą zastąpić konsultacji z lekarzem!

piątek, 7 listopada 2014

Problemy z samooceną cz.2.

Niektórzy, jak bohaterka mojego poprzedniego artykułu, niepewność i niską samoocenę, "zawdzięczają" kilku członkom rodziny. Wystarczy, by od najmłodszych lat traktować dziecko jako trzeciorzędne, by nie umiało poradzić sobie w szkolnym, a potem w dorosłym życiu. Tacy ludzie mówią "nie jestem tego warta", "nie uda mi się", a osiągane sukcesy wciąż umniejszają, bo tak zareagowałaby rodzina, której część skupiona była wyłącznie na dogadzaniu starszej wnuczce.

Dziś porozmawiamy sobie o innej przyczynie niskiej samooceny. O niewłaściwym postrzeganiu siebie często świadczy niezadowolenie z własnego wyglądy. Bywa ono nieszczere i przejawia się tylko publicznie, w celu wysłuchania pochlebstw. Ci jednak, którzy faktycznie wstydzą się swojego ciała, nawet jeśli problemem jest tylko krzywy nos, asymetryczne usta czy krzywe nogi, boją się odrzucenia przez rówieśników. W czasach kultu niedościgniętego ideału, torpedowania nas zdjęciami fotomodelek i filmami z pięknymi, wysportowanymi i szczupłymi bohaterami, nasze codzienne życie wydaje się kompletnie przyziemne, a nasz wygląd urasta do rangi problemu, który - o ile nie zacznie być odpowiednio leczony (przez psychoterapeutę) - może wymknąć się spod kontroli i przerodzić w fizyczną chorobę. Na jednym wdechu wyliczyć można dolegliwości dotyczące jedzenia, które rodzą się w umysłach osób marzących o zdrowym ciele i smukłej sylwetce:

  • anoreksja (polega na odmawianiu sobie jedzenia, liczeniu kalorii we wszystkich dostępnych w domu produktach spożywczych oraz nie przekraczaniu indywidualnie ustalonych granic kalorii - niektóre anorektyczki potrafią "żyć" na 300 kaloriach dziennie, podczas gdy przeciętne zapotrzebowanie organizmu kobiety to od 1800 do 2000 kalorii);
  • bulimia (polega na zwracaniu przyjętych wcześniej treści pokarmowych);
  • ortoreksja (obsesja związana z jedzeniem tylko zdrowych produktów. Poczęstowanie takiej osoby czymś niezdrowym, choćby ciastem, wywołuje często histerię.);
  • bridoreksja ("brajdoreksja" od słowa "bride" - Panna Młoda. To odchudzanie się przed ślubem. Zwykle polega na znacznym ograniczeniu spożywanych produktów, co w konsekwencji może prowadzić do popadnięcia w anoreksję).
Młodzi ludzie mocno przeżywają odtrącenie przez rówieśników, którym po prostu się poszczęściło (jak mówiła o tym jedna z modelek: "Wygrałam w genetycznej loterii"). Nie usprawiedliwia to krytykowania osób, mających problem z akceptacją siebie.

dziewczyna ma kompleksy
Wstyd z powodu własnego wyglądu, jest wśród nastolatków bardzo powszechny

Czy to krzywe nogi, przygarbiona sylwetka, nos wyglądający troszkę inaczej niż inne, nadmiar kilogramów... To przecież sama ulubienica części młodzieży (która zdecydowanie "odstaje" od "normy" w zakresie wyglądu), Lady Gaga, śpiewa:

"Jesteś piękna/y, bo Bóg nie popełnia błędów" - bez względu na rodzaj wiary, warto przemyśleć te słowa. Tacy przyszliśmy na świat. Jeśli chcemy, możemy się oczywiście zmienić (odchudzanie warto zacząć od spotkania z dietetykiem i trenerem na siłowni). Jeśli dokuczanie w szkole dotyczy tych partii ciała, na które sami nie mamy wpływu (odchudzaniem nie wyprostujemy sobie nóg, choć już np. ćwiczeniami kręgosłupa pozbędziemy się rozwijającego się garba), albo zacznijmy je ignorować, ale zasięgnijmy pomocy psychologa. Ułatwi on nam zaakceptowanie siebie i uodporni nas na bezmyślną krytykę innych.

wtorek, 21 października 2014

Problemy z samooceną cz.1.

Miewamy je wszyscy, a podłoża problemu bywają różne. Warto jednak skupić się na tym, co nas obciąża i nie pozwala oderwać się od ziemi.

Nie zasługuję

Jeśli tak właśnie myślimy to, szansa, że wiedziemy naprawdę szczęśliwe życie, jest znikoma. Poczucie, że coś w naszej codzienności jest niezgodne z nami i naszymi pragnieniami, rodzi frustrację. Jednak czy w ogóle wiemy, jakie są nasze pragnienia?

Poznałam kiedyś młodą kobietę, tuż przed jej trzydziestymi urodzinami. Rozmawiałyśmy bardzo długo. Okazało się, że prowadzi firmę, jest osobą szanowaną w branży, poszerza swoje kwalifikacje. Ma męża, w domu układa się dobrze. 

właścicielka firmy
Realizująca się w swojej pracy, a jednak zniewolona przez przeszłość kształtującą teraźniejszość

Coś jednak było nie tak. Mówiła o swoich obowiązkach z entuzjazmem, ale pod nim czuć było rozczarowanie. W końcu wydusiła z siebie zdanie:
- Nie jestem osobą, która łatwo rozmawia o pieniądzach. Wykonuję swoją pracę najlepiej jak potrafię, ale coraz częściej muszę do firmy dokładać. Nie umiem poprosić Klientów o to, by płacili mi więcej?
- Dlaczego? - spytałam krótko - Zwiększenie wydatków, z tego co Pani mówi, jest uzasadnione.
- Jest, ale... - nerwowo przygryzła wargę - Boję się, że gdy wspomnę o konieczności zwiększenia kosztów, oni ode mnie odejdą.

Przeanalizowałyśmy całe jej życie i cóż się okazało? Że gdy była małym dzieckiem, opuścił ją ojciec. W latach szkolnych ze strony ojca nie otrzymywała niemal żadnej uwagi, a prezenty od dziadków ze strony taty były zawsze używane - po starszej siostrze ciotecznej, którą dziadkowie się opiekowali. Siostra na osiemnastkę dostała samochód, ona - naszyjnik.


- Nie było to miłe, ale nie czułam zawiści - zwierzyła mi się - Po prostu od tak dawna wpajano mi, że jestem "wnuczką drugiej kategorii", że przyjęłam to jak coś zwyczajnego. Mnie się po prostu nie należało.

To wszystko, plus początkowe niepowodzenia w szkole (nie w nauce, lecz w kontaktach z rówieśnikami) zrodziło w niej przeświadczenie, że jest  gorsza. Powinna zadowalać się tym, co ma i nie ma prawa prosić o więcej - tak przecież zawsze ją traktowano.


Dopiero po cyklu sesji terapeutycznych udało się zmienić jej sposób patrzenia na siebie. Z przestraszonej kobiety stała się osobą, której mottem było: "Dla moich Klientów staram się zawsze uzyskiwać jak najlepsze wyniki, drogą ciężkiej i uczciwej pracy. Klienci rozumieją to, akceptują zachodzące w branży zmiany i zadowoleni z moich dotychczasowych usług, chętnie ze mną zostają, pomimo konieczności zwiększenia kosztów." Powtarzała to jak mantrę, upewniając się w przekonaniu, że to ma sens. I udało się. Choć początkowo ciężko było jej w to uwierzyć, zostali przy niej wszyscy jej Klienci.

Doceniajmy się

To ważna lekcja dla wszystkich - musimy doceniać siebie samych. Inwestować w siebie, ale też dostrzegać jak wyjątkowymi jesteśmy ludźmi. Zamiast się piętnować za porażki (które zdarzają się każdemu), powinniśmy celebrować swoje sukcesy. I traktować je jak siłę napędową do cieszenia się życiem!

wtorek, 7 października 2014

Depresja wśród młodzieży - to nie jest "cool"

Coraz większa liczba młodych ludzi na całym świecie cierpi na depresję. Doskonale zdają sobie sprawę z tego, że towarzyszący im smutek nie jest ani naturalny, ani powiązany z konkretnym wydarzeniem z ich życia - utratą dziewczyny, oblaniem egzaminu i tym podobnymi. Jak podczas jednej z konferencji TED wspomniał nastoletni Kevin Breel: "Depresja nie pojawia się, gdy w życiu coś pójdzie nie tak. Pojawia się, gdy wszystko się układa.".

Student z depresją? To nie jest trendy!

Kontynuując swoje wystąpienie Kevin przedstawił realia studenckiego życia. Wspomniał, że gdyby ktoś miał opisać go "z zewnątrz", prawdopodobnie użyłby słów: zabawny, pewny siebie, imprezowicz, komik, kapitan drużyny koszykówki, super facet. Tymczasem to tylko jedna strona Kevina. Jego wewnętrzne życie wygląda zupełnie inaczej. To poczucie pustki, bólu, niemocy, niekończącego się cierpienia i myśli samobójczych.

Kevin Breel
Kevin Breel mówiący o swojej depresji podczas wykładu na konferencji TED

- Żyjemy w czasach - mówi Kevin - w których depresja jest stygmatyzowana. Choć to choroba dotykająca miliony, której poświęca się dużo czasu w publikacjach i badaniach, jest wciąż tematem tabu, o którym lepiej nie rozmawiać.

Rzeczywiście, nawet na portalach społecznościowych rzadko można znaleźć publiczne wpisy poświęcone depresji. Owszem, niektóre posty brzmią "Mam doła", "Nie chce mi się", ale z lupą szukać wpisu "Cierpię z powodu depresji. Nie mam już na nic sił.".

Nastolatek, który złamie rękę, robi w szkole furorę - każdy chce podpisać się na jego gipsie. Nastolatek, który ma problemy emocjonalne, któremu pękło "życie", zostaje uznany za dziwaka, chorego psychicznie wariata, którego należy unikać.

Co robią więc młodzi ludzie? Udają. Wkładają maski, by nikt nie dostrzegł ich prawdziwego bólu.

Trzymanie w sobie emocji może doprowadzić do schizofrenii

Przez długie lata postępowała tak Eleanor Longden - wszystko co złe, trzymała w sobie, nie mówiła o tym. Gdy wiele lat temu zaczynała studia, tryskała świetnym humorem, wykazywała się ambicją, kreatywnością, nie stroniła od imprez. Swoje prawdziwe "ja" ukrywała tak doskonale, że przekonała samą siebie, że wszystko jest w porządku. Uczucie, bólu, pustki, strachu przed życiem
i ewentualnymi porażkami, zepchnęła głęboko w siebie. W pewnym momencie, gdy była już na drugim semestrze, coś w niej pękło. Ból wyrwał się z podświadomości i objawił w postaci głosu. Eleanor była przerażona. Od tego dnia, bez przerwy towarzyszył jej "komentator" mówiący o tym, co zamierza zrobić lub co już zrobiła dziewczyna. Głos oznajmiał "Opuszcza salę", "Otworzyła drzwi", "Idzie na wykład". Z czasem głosów przybyło, zaczęły być coraz bardziej napastliwe. 

Eleanor Longden
Podczas konferencji TED, Eleanor cofnęła się do czasów studiów i opowiedziała o swoim przypadku
oraz o tragicznych efektach "noszenia maski"

Eleanor trafiała od lekarza do lekarza, ale tylko nieliczni byli w stanie jej pomóc. Niektórzy wręcz zamiast ją wspierać, mówili: "Lepiej, żebyś miała raka. Łatwiej go wyleczyć niż schizofrenię".

Dziś kobieta wie już, że głosy manifestowały jej niewypowiedziane i skrywane lęki, bolesne wspomnienia z dzieciństwa. Stopniowo uczyła się zamykać kolejne rozdziały życia, które kiedyś zepchnęła do podświadomości sądząc, że to najlepsze rozwiązanie.

Depresji nie można lekceważyć

Nieważne, ile masz lat. Jeśli zmagasz się z depresją, szukaj pomocy! Jeśli nie chcesz rozmawiać o niej ze znajomymi, odwiedź specjalistę, który pomoże Ci poukładać życie i pokazać, jak wiele jeszcze możesz w nim osiągnąć. Terapeutę, który da Ci nadzieję i pokaże, jak radzić sobie z bólem, poczuciem pustki i będzie koncentrować się nie tylko na tym, co obecnie Ci dolega, ale też na tym, co przydarzyło Ci się w przeszłości.

Jeśli potrzebujesz takiej pomocy, zadzwoń na numer telefonu zaufania lub skontaktuj się bezpośrednio z naszą warszawską poradnią psychologiczną: 504 242 340. Nie czekaj, aż będzie gorzej. Działaj teraz.

czwartek, 25 września 2014

Dlaczego warto być... sympatycznym ;)

Można by pomyśleć, że bajki w stylu "Pałaj miłością do świata, a i on się do Ciebie uśmiechnie", można włożyć do biblioteczki i na zawsze o nich zapomnieć. Film "Podaj Dalej" bazujący na prostym schemacie: ja czynię dobro dla trzech osób i każda z nich czyni dobro dla trzech kolejnych itd. - to tylko ładnie zagrane kino familijne. Bo czy w dzisiejszych czasach zabiegania, ciągłego dążenia do tego, by być lepszym od innych, jest czas choćby na myślenie o miłości do obcych ludzi? Absurd!

A jednak się kręci...

Wystarczy nie więcej niż kwadrans spokoju, by usiąść i zastanowić się nad tym, jakby to było, gdyby ludzie byli wobec siebie serdeczni, wyrozumiali i życzliwi. Raj na Ziemi? Może nie, ale pewnie dałoby się skorzystać na takiej sytuacji:
  • ciepło i serdeczność zbliżałyby ludzi
  • pomocy w nagłych przypadkach szukalibyśmy u przyjaciół albo u zaufanych sąsiadów, zamiast w Internecie
  • nasze dzieci przejmowałyby nasze nawyki i każde pokolenie wprowadzałoby w świat coraz większy spokój, harmonię i radość
Zacznijmy od siebie

Uczciwie - kiedy zrobiliśmy coś miłego dla obcego człowieka? Pomogliśmy wsiąść starszej pani do tramwaju, ustąpiliśmy miejsca kobiecie w zaawansowanej ciąży, pomogliśmy wnieść do przedziału pociągu ciężkie walizki schorowanego człowieka? No właśnie... A każdy taki gest, nie tylko sprawia radość osobie, której pomagamy, a w jej myślach pojawia się ciepłe "Więc są wciąż na tym świecie dobrzy ludzie", ale i my czujemy się lepiej. Trudno wyjaśnić skąd bierze się ta wewnętrzna radość - może to nagroda za spełnienie dobrego uczynku?

kobieta na wózku
Okazanie innym szczerego zainteresowania i sympatii może całkowicie zmienić ich samopoczucie na cały dzień

Nigdy nie rezygnuj

Poniżej przytoczę opowieść, jaką podzieliła się ze mną niedawno znajoma. Otóż od wielu już lat korzystała z tej samej poczty i często, chcąc nie chcąc, lądowała przy okienku niezbyt sympatycznej osoby. Widać było wyraźnie, że ta pani nienawidzi swojej pracy na poczcie, nienawidzi ludzi, emanuje energią przepełnioną niechęcią do wszystkich i wszystkiego. Znajoma postanowiła zaryzykować. Ze szczerym (nie wymuszonym!) uśmiechem podeszła do okienka i poprosiła o pomoc w wybraniu znaczków na dość istotną przesyłkę. Po chwili pani w okienku zainteresowała się tym, że znajomej zależy na delikatnym obchodzeniem się z listem, a antypatyczna dotąd osoba cierpliwie wyjaśniła, że niestety etykiety "ostrożnie" przewidziane są wyłącznie dla paczek. Znajoma uśmiechnęła się i powiedziała, że to nic nie szkodzi, wysyła zdjęcia, dość dobrze zabezpieczone, które powinny przetrwać bez problemu w liście i licznych kopertach ochronnych. Na sam koniec znajoma nisko skłoniła się pani w okienku, serdecznie podziękowała za jej zaangażowanie i pomoc i życzyła jej miłego dnia. I wówczas nastąpił cud! Zamiast suchym głosem wydać polecenie "Następną osobę proszę!", pani z okienka uśmiechnęła się lekko do mojej znajomej i odpowiedziała "Wzajemnie!".

Po prostu warto

Choć od czasu do czasu przypomnijmy sobie powyższą historię. Nie musimy od razu wdawać się w konwersacje, ale uśmiechanie się do ludzi, powitania z sąsiadami, poświęcenie chwili staruszce sprzedającej kwiaty na bazarze to dobro, które działa w obie strony. Uszczęśliwiamy innych i sami stajemy się szczęśliwsi. Warto spróbować!