czwartek, 26 lutego 2015

Jeśli dziecko nie słucha...

Zabiegani rodzice często zgłaszają się do psychologów ze swoimi dziećmi mówiąc, że te ich "ignorują". Ale czy rzeczywiście tak jest?

W zabieganym świecie często zapominamy, jak bardzo nasza rzeczywistość różni się od rzeczywistości kilkulatka. Do dziecka nie możemy zwracać się tak samo, jak do kolegi z pracy, życiowego partnera czy innej osoby dorosłej. Nie odrywając wzroku od komputera i wydając dziecku polecenia, nie dziwmy się, że maluch nie reaguje na nasze komunikaty.

Jeśli chcemy, by dziecko nas wysłuchało, musimy nawiązać z nim kontakt. Dobrze jest uklęknąć bądź przykucnąć przed naszą pociechą i spojrzeć jej w oczy. A następnie, w sposób przystępny, wyjaśnić o co nam chodzi. Im krótszy komunikat, tym lepsze osiągniemy rezultaty.

rozmowa z dzieckiem
Kontakt wzrokowy to pierwszy krok do udanej rozmowy z maluchem


Nikt nie lubi być zaskakiwany

Dzieci nie są tu wyjątkiem. Zastanówmy się, jak byśmy się poczuli, gdyby 5 minut przed wyjściem z pracy szef poinformował nas o dodatkowym, pilnym zadaniu, którego wykonanie zajmie nam przynajmniej trzy kwadranse? Czy nie lepiej poczulibyśmy się, gdyby zwierzchnik uprzedził nas o nim wcześniej, pozwalając przynajmniej na psychiczne przygotowanie się do dłuższego pozostania w pracy?

Tak samo jest z dzieckiem. Nie zaskakujmy go informacją podczas obiadu, że zaraz po zakończonym posiłku planujemy zabranie go np. do babci lub na zakupy. Powiedzmy mu o tym wcześniej, by mogło się oswoić z tym, że czekają je dodatkowe zajęcia. Jeśli zbliża się pora pójścia spać, nie zabierajmy dziecka za rękę każąc mu położyć się do łóżka, ale powiedzmy "Po dobranocce umyjemy ząbki i pójdziemy spać".

Jeśli zależy nam na konkretnej reakcji ze strony dziecka, nie sugerujmy mu, że dajemy mu wybór. Dlatego jeśli chcemy przekazać mu, że ma posprzątać zabawki, powiedzmy "Czas schować zabawki do pudełka" zamiast "Teraz posprzątamy zabawki, dobrze?". Ta druga forma może sprawić, że dziecko wprost odpowie nam "Nie". I nie bądźmy tym zaskoczeni, przecież pytając, zasugerowaliśmy maluchowi, że dajemy mu wybór.

Zatem zanim postanowimy zabrać dziecko do poradni psychologicznej, wypróbujmy tych kilka, prostych metod poprawienia wzajemnej komunikacji. Jeśli nie zadziałają, a nasza pociecha będzie wciąż ignorować nasze słowa, buntować się czy wręcz wpadać w histerię - wówczas poszukajmy powodów takiego zachowania. I w tym przypadku spotkanie z terapeutą dziecięcym faktycznie może pomóc w rozwiązaniu problemu.


Treści publikowane na tym blogu mają wyłącznie charakter informacyjny i nie mogą zastąpić konsultacji z lekarzem!

niedziela, 22 lutego 2015

Dlaczego psychoterapia jest ważna?

Często leczenie u psychiatry nie jest wystarczającym sposobem na uporanie się z depresją oraz innymi problemami emocjonalnymi. Leki ułatwiają funkcjonowanie, ale zwykle ich odstawienie powoduje nawrót choroby. Dlatego też należy sięgnąć głębiej i temu właśnie służy psychoterapia.

kobieta z depresją
Bez pomocy specjalisty zazwyczaj trudno jest odkryć podłoże przytłaczających nas problemów

O ile nie mamy do czynienia z depresją wynikającą z trudnego przeżycia (śmierć bliskiej osoby, wypadek, rozwód), konieczne jest odkrycie jej źródła. Czasem trzeba cofnąć się aż do czasów dzieciństwa. Człowiek często wypiera ze swojej świadomości bolesne przeżycia, ale w podświadomości wciąż one funkcjonują i każdego dnia wpływają na stan emocjonalny osoby chorej. Zadaniem psychologa jest wydobycie na światło dzienne tych wydarzeń. Dla Pacjenta jest to trudny proces, wymaga bowiem pozwolenia na to, by bolesne wspomnienia, przez lata wypierane, znów zaistniały w świadomości. Jednak tylko "rozdrapanie" starych ran i zrozumienie tego, jak na psychikę wpłynęły otrzymane w przeszłości ciosy, pozwala na przeprowadzenie odpowiedniego procesu leczenia i zabliźnienia tych ran na dobre.

Jednak nie zawsze ból duszy wynika z tego, co zdarzyło się przed laty. Równie często to obecna sytuacja w jakiej Pacjent się znajduje, wpływa na emocje. I choć są one lekceważone, a osoba chora nie łączy ze sobą rozgrywających się w jej życiu dramatów, to właśnie taka piramida "drobiazgów" zaczyna ją obciążać, prowadząc ostatecznie do załamania.

Sądziłam, że jestem po prostu zmęczona - mówi jedna z uczestniczek terapii - Dopiero podczas spotkań z psychologiem uświadomiłam sobie, że na przestrzeni ostatnich kilku lat wydarzyło się tak wiele w moim życiu, że moment załamania był kwestią czasu. Zawał mojej mamy, następnie wykrycie u niej raka, zachorowanie na białaczkę i w końcu śmierć drugiego członka rodziny, problemy w małżeństwie, zdrada... Nie działo się to wszystko jednocześnie, ale następowało jedno po drugim, więc nie miałam nawet czasu na oswojenie się z zażegnaniem jednego kryzysu, bo za chwilę pojawiał się następny. I znów musiałam walczyć.

Taki przewlekły stres prowadzi w końcu do wyczerpania psychicznego. Pacjent staje się apatyczny, zmęczony, ma trudności z koncentracją, a dodatkowo - podświadomie - oczekuje na nadejście kolejnego nieszczęścia i zamiast poświęcać swoje siły na regenerację po bolesnych zdarzeniach, kumuluje je w sobie przygotowując się na następny cios.

Bez względu na to, co wywołało depresję czy inne zaburzenia (które z depresją zwykle się łączą), pomoc specjalisty jest niezbędna. Przeprowadzenie dogłębnej analizy i pokazanie Pacjentowi sposobów na radzenie sobie z trudnymi sytuacjami, to pierwszy krok do prawdziwego wyzdrowienia.

Jeśli czujesz, że możesz potrzebować wsparcia psychologa, zadzwoń do nas - prowadzimy terapię w obrębie Warszawy i okolic: 504 242 340


Treści publikowane na tym blogu mają wyłącznie charakter informacyjny i nie mogą zastąpić konsultacji z lekarzem!

środa, 28 stycznia 2015

Psychiatra z powołania czy zwykły naciągacz?

Lekarz - jeden z zawodów największego zaufania publicznego. Przynajmniej w teorii. Lekarz psychiatra? Tu sprawa jest jeszcze poważniejsza, ponieważ w ręce obcego człowieka oddajemy nie tylko fragment uszkodzonego ciała (złamana ręka, bolący kręgosłup), ale siebie. Bo to przecież nasza psychika definiuje nas samych, kształtuje nasze zachowania, od niej zależy nasze samopoczucie. Otwierając się przed psychiatrą, obnażamy własną duszę. 

Każdy psychiatra powinien legitymować się dyplomem ukończenia studiów doktoranckich na odpowiednim kierunku. Ale wiedza a etyka, niestety nie zawsze idą ze sobą w parze. Zwłaszcza, że psychiatra to zawód naprawdę dochodowy - 30 minut prywatnej konsultacji potrafi kosztować średnio nawet 150 zł!

Jak zatem zorientować się, że trafiliśmy na dobrego lekarza? Nie jest to proste, ale uspokoić powinno nas:
  • przeprowadzenie z Pacjentem szczegółowego wywiadu (nie tylko związanego z rodziną, okresem dzieciństwa i dojrzewania, ale także przechodzonych w przeszłości lub obecnie chorób somatycznych);
  • zorientowanie się jakie leki i w jakich dawkach przyjmuje Pacjent (dotyczy również leków bez recepty);
  • okazanie wyrozumiałości i ciepła Pacjentowi - to wyjątkowo istotne, ponieważ osoba cierpiąca na zaburzenia emocjonalne szuka u lekarza wsparcia (zwykle w swoim otoczeniu spotyka się z niezrozumieniem lub wręcz odrzuceniem);
  • lekarz powinien umożliwić Pacjentowi kontakt ze sobą tak, by w razie pojawienia się wątpliwości np. podczas przyjmowania leków, nie było konieczności umawiania się na kolejną (płatną!) wizytę, lecz by poradę można było uzyskać mailowo lub telefonicznie;
  • psychiatra zawsze powinien zainteresować się czy Pacjent uczęszcza bądź uczęszczał na psychoterapię - i dopytać o efekty takich spotkań; w razie możliwości i potrzeb, polecić ośrodek, w którym Pacjent znajdzie dodatkowe wsparcie terapeutyczne;
  • postawienie diagnozy - czasem nie wystarczy do tego jedna wizyta, jednak już po kilku spotkaniach, lekarz powinien orientować się czy ma do czynienia z osobą cierpiącą na dystymię, depresję kliniczną, CHAD, nerwicę lękową czy też innego rodzaju zaburzenia emocjonalne;
  • zawsze psychiatra powinien spytać czy Pacjent ma myśli samobójcze czy podejmował próby odebrania sobie życia i czy stosował wobec siebie autoagresję.

Jeśli lekarz tylko udaje zainteresowanie problemem, z pewnością nie przeprowadzi pełnego wywiadu, skupi się na przepisaniu leków i wyznaczeniu terminu kolejnej wizyty. W przypadku braku efektów leczenia, zwiększać będzie dawki leku, nawet jeśli Pacjent wyraźnie informuje, że pomimo przyjmowania niemal maksymalnej dawki leku, jego samopoczucie się pogarsza (tu należy jednak zauważyć, że większość leków antydepresyjnych zaczyna działać po 2-3 miesiącach. Jeśli po kolejnych tygodniach nie widać poprawy, wówczas można rozważyć zwiększenie dawki. Dalszy brak poprawy lub wręcz gorsze samopoczucie, przemawiają za zmianą leczenia).

Czasem ciężko trafić jest na zaangażowanego psychiatrę czy psychoterapeutę. Poniżej publikujemy opowieść 35-letniej kobiety, która z depresją zmaga się od blisko 15 lat. Na jej prośbę, pomijamy imię tej Pacjentki.

młoda kobieta cierpiąca na depresję


Pierwszy raz do psychologa trafiłam po rozwodzie rodziców, mając 5 lat. Już wtedy było jasne, że różnię się od rówieśników i tak jest do tej pory. Po względnie szczęśliwym przejściu podstawówki, zaczęły się problemy z brakiem akceptacji w liceum. Łzy towarzyszyły mi do czasu zmiany szkoły. Potem było gorzej - studia. Złe samopoczucie wciąż zrzucałam na karb "dojrzewania". Jednak po ukończeniu 25-ego roku życia uznałam, że dzieje się coś więcej, że moje fatalne samopoczucie to nie efekt zakończonego niedawno, wyjątkowo trudnego związku czy mobbingu w pracy. Gdy na ulicy spotkałam przyjaciółkę, a ta spytała, co u mnie słychać, rozpłakałam się i nie mogłam uspokoić przez dobry kwadrans. To wtedy uznałam, że albo ze sobą skończę, albo zacznę szukać pomocy.
W moim mieście odwiedziłam 7 psychologów. 3 ewidentnie interesował tylko mój portfel (pobierali "abonament" - nawet gdy nie mogłam zjawić się na wizycie, choćby z uwagi na chorobę, musiałam zapłacić tak, jakby się odbyła). 3 kolejnych wprost powiedziało, że nie udźwigną mojego przypadku, co było dla mnie dodatkowym gwoździem do trumny. Tylko jedna terapeutka pomogła mi na tyle, że przestałam budzić się z wyrzutami sumienia i myślami samobójczymi. Uznała jednak, że moja "osobowość dystymiczna" to jedno, a widoczna u mnie depresja, to drugie. Wprost powiedziała mi, że powinnam zgłosić się do psychiatry. Wówczas nasze spotkania zakończyła.
Pierwsza pani "doktor" już na pierwszy ogień przepisała mi jeden z najsilniejszych leków, praktycznie nie przeprowadzając ze mną wywiadu. Lek doprowadził do powstania arytmii, z którą borykam się do dzisiaj. Druga psychiatra przyjęła mnie jak jednostkę zakłócającą jej spokój - całą wizytę paliła papierosa i spoglądała na zegarek (czułam się tak, że miałam ochotę uciec), aż w końcu dała mi recepty i na tym nasze drogi się rozeszły. Trzeci był mężczyzna. Sądziłam, że potraktuje sprawę poważniej. Niestety - na każdą wizytę spóźniał się przynajmniej 30 minut (rekord to półtorej godziny), a podczas wizyty opowiadał mi głównie o własnych problemach w pracy. Zrezygnowałam po kilku spotkaniach, ponieważ i on ograniczał się do wręczania mi recept, bez jakichkolwiek dociekań odnośnie moich problemów, choćby kardiologicznych.
Wreszcie trafiłam na wspaniałą psychiatrę, która miała mnie pod opieką 3 lata. Jednak im większym powodzeniem cieszyła się wśród Pacjentów, z tym mniejszym zainteresowaniem traktowała ich problemy. Przez większość wizyt odbierała telefony i zapisywała kolejnych Pacjentów w swoim kalendarzyku (15 minut rozmowy ze mną, 15 minut umawianie spotkań z kolejnymi "złotówkami"). Ostatnio zaś, znając świetnie moją historię, przepisała mi lek na widok którego mój własny kardiolog niemal nie dostał zawału. Okazało się, że przyjmując go, mogłabym trwale uszkodzić sobie serce.
Moja historia jest smutna, ale wierzę, że są lekarze, którym z czasem nie przewraca się w głowach od inkasowanych pieniędzy i dla których Pacjent zawsze będzie najważniejszy. Czy takiego lekarza jeszcze znajdę? Nie wiem. Jestem po próbie samobójczej. Daję sobie ostatnią szansę na pomoc. Oby tym razem się udało. Czego sobie i wszystkim znajdującym się w podobnej sytuacji do mojej, życzę z całego serca.

czwartek, 15 stycznia 2015

Depresja a może dystymia?

Depresja to hasło, które jest coraz lepiej rozpoznawane w społeczeństwie. I choć wciąż traktowane jest jak temat tabu, to jednak dotknięte nią osoby zwracają się o pomoc do specjalisty - psychiatry czy psychologa, który jest w stanie złagodzić przebieg choroby, a nawet w zupełności ją wyleczyć.

Inaczej sprawa ma się z dystymią. Wiele osób kompletnie nie zdaje sobie sprawy z faktu, że choruje na nią (często od dziecka) i złe samopoczucie czy ciągły smutek, traktuje jako część siebie, element własnego charakteru, z którym nie jest w stanie walczyć. Osoby dotknięte dystymią często umierają nie wiedząc, że wcale nie były skazane na życie w ciągłym przygnębieniu i poczuciu beznadziei.

Czym jest dystymia? To choroba podobna do depresji, jednak o łagodniejszym przebiegu. Chory miewa lepsze dni, potrafi cieszyć się z sytuacji, które mu sprzyjają, jednak przez większość czasu odczuwa zagubienie i pustkę w swoim życiu, której nie potrafi niczym wypełnić. Objawy tej choroby w wielu aspektach przypominają depresję kliniczną i, nie leczone, potrafią przybrać jej postać, a wtedy proces leczenia znacznie się wydłuża.

Cierpiący na dystymię zmagają się:
  • z towarzyszącym im smutkiem
  • apatią
  • poczuciem winy
  • zaniżonym poczuciem własnej wartości
  • problemami ze snem (bezsenność lub nadmierna senność)
  • nadmiernym apetytem lub jadłowstrętem
  • brakiem sensu życia
  • ciągłym zmęczeniem
  • stopniowym wykluczaniem się z życia towarzyskiego
  • powolną utratą zainteresowań
  • dolegliwościami somatycznymi (m.in. trawiennymi, notorycznymi bólami głowy)

dystymia
Dystymia to nie tylko dolegliwości psychiczne, ale i somatyczne - w tym uciążliwe bóle głowy

Wizyta u psychiatry

Jeśli cierpiący na dystymię zgłosi się po pomoc do psychiatry, często wychodzi z diagnozą depresji i receptą na leki, które w przypadku dystymii nie są skuteczne. Chory potrzebuje o wiele słabszych dawek, a także trochę innego rodzaju środków farmakologicznych niż te, które stosuje się w depresji, pomocna jest także psychoterapia. Pacjent widząc, że po lekach czuje się gorzej, często rezygnuje z dalszego leczenia uznając, że ciągłe przygnębienie to po prostu część jego charakteru (często padają słowa "po prostu jestem pesymistą, muszę jakoś z tym żyć"). Tymczasem dobrze przeprowadzony wywiad i odpowiednio dobrane leki potrafią sprawić, że chory odzyskuje prawdziwego siebie - radość życia, aktywność. Znikają problemy ze snem, bóle fizyczne, a także ciągłe uczucie zmęczenia odbierającego siłę do działań.

Pomoc psychologa

W leczeniu dystymii dużą rolę odgrywa psychoterapia (prowadzona choćby poprzez psychologów z ośrodka http://www.strumykowa.com.pl/ oraz w innych placówkach leczniczych). Dzięki terapii możliwe jest odnalezienie źródeł problemów i tych czynników, które wpływają na pogorszenie stanu chorego.

Choć w dystymii zdarzają się "przeploty" lepszego samopoczucia z gorszymi dniami, nie należy mylić jej z chorobą afektywną dwubiegunową! W dystymii nie występują bowiem stany manii, a zmiany nastroju występują w dużo krótszych okresach niż ma to miejsce w ChAD.

Co robić? Walczyć!

Jeśli podejrzewamy dystymię u siebie lub kogoś bliskiego, skontaktujmy się ze specjalistą. Tylko on postawi prawidłową diagnozę (kluczowe jest tutaj dogłębne zebranie wywiadu!) i pomoże wyjść na tzw. prostą. Warto, bo ignorowana dystymia przeradzająca się stopniowo w depresję, potrafi całkowicie odebrać radość życia, a nawet doprowadzić do pojawienia się myśli samobójczych.


UWAGA: jeżeli uważasz, że dystymia to Twój problem, zadzwoń pod numer 504 242 340 (pomoc dla mieszkańców Warszawy) i umów wizytę u specjalisty.

wtorek, 16 grudnia 2014

Masz problem? Ośmiesz go!

"Ja chcę tak żyć. Że po prostu, żeby się śmiać z tych problemów, które sami sobie stwarzamy. Dlaczego ja mam się denerwować? Tak staram się układać swoje życie. Jeżeli jest problem w domu, to ja staram się ten problem ośmieszyć, bo on wtedy nie ma znaczenia, on przestaje być problemem."

Cezary Pazura

Te proste, a jednocześnie niezwykle mądre słowa wypowiedziane przez jednego z najpopularniejszych polskich aktorów i komików, mogą okazać się receptą na szczęście dla wielu z nas. Faktem jest bowiem, że często sami stwarzamy sobie problemy, wyolbrzymiamy kłopoty lub po prostu martwimy się "na zapas". Wielu z nas jest mistrzami w tworzeniu czarnych scenariuszy, zarówno w kwestii drobiazgów jak i poważniejszych problemów. A przecież można inaczej! I najlepszym dowodem na to jest młody komik Jack Caroll, który potrafi śmiać się nawet z własnej, nieuleczalnej choroby.



Czy to rzeczywiście koniec świata?

Przypomnijmy sobie rzeczy, o które martwiliśmy się w przeszłości, a z których dzisiaj się śmiejemy. Przyłapanie na ściąganiu w liceum? "Kompromitacja" wśród znajomych? Niezdany egzamin na studiach, który i tak poprawiliśmy w drugim terminie? Skoro dziś potrafimy podejść do tych kwestii z dystansem, spróbujmy w ten sposób reagować na problemy, z jakimi zmagamy się tu i teraz. I choć nie wszystkie nieszczęścia możemy swobodnie zignorować, to znaczną część kłopotów - owszem.

Kłania się tu opracowany przez ś.p. pisarkę Joannę Chmielewską "Sposób na chandrę". Choć nie zawsze prezentował on gotowe rozwiązanie na nieszczęście, to jednak przelanie problemu na papier i próba znalezienia choć tymczasowego sposobu zaradzenia złu, podnosiła na duchu. Jak miało to działać? Wyjątkowo prosto.

Wystarczyło na kartce, w jednej kolumnie, spisać wszystkie aktualne nieszczęścia, a w kolumnie obok - pomysły na ich usunięcie. Na przykład:

1. Zgubiłam ulubiony pierścionek! - 1. Nie potrzebuję go teraz, na pewno znajdzie się przy okazji.
2. Nie mam pieniędzy! - 2. Jak masa innych osób.
3. Straciłam adoratora! - 3. To raczej jego strata, nie moja.
4. Nie wyrobię się z pracą! - 4. Posiedzę w nocy i zdążę.
5. Cierpię na apatię... - 5. Przeczekam, aż mi przejdzie.

Choć te "złote rady" nie zawsze są w stanie problem rozwiązać, to jednak pozwalają nabrać do niego dystansu, a to już krok w dobrym kierunku.

Gdy nic nie działa

Oczywiście jeśli cierpimy z powodu depresji, nasz umysł skutecznie odmawia przestawienia myśli na bardziej optymistyczne "tory" i w tej sytuacji potrzebna jest już pomoc specjalisty. Wówczas warto sięgnąć po telefon i wykręcić numer do poradni psychologicznej, w której uzyskamy pomoc (w Warszawie takim numerem jest choćby 504 242 340).

środa, 26 listopada 2014

Chce się żyć!

"Chce się żyć" to inspirujący film o Mateuszu, który z powodu porażenia mózgowego zamknięty jest w swoim ciele. I choć wszystko rozumie, nie ma możliwości porozumiewania się ze swoim otoczeniem. Do czasu odkrycia przez chłopca języka Blissa.

Po obejrzeniu tego filmu, wzruszającego, ale i dającego nadzieję, dochodzi się do wniosku, że nasze codzienne zmartwienia tak naprawdę nie są dramatami, a jedynie przeszkodami DO POKONANIA. Proste marzenia, jak pójście na spacer, wycieczka do kina - jeśli tylko chcemy, możemy je zrealizować. W przeciwieństwie do Przemka (to on stał się jedną z inspiracji dla stworzenia postaci Mateusza).



Choć to straszne, często dopiero widząc cierpienia innych osób uświadamiamy sobie, że tak naprawdę nie mamy tak wielu powodów do załamywania się, jak mogło by się nam wydawać. Na dręczące nas choroby - istnieją leki. Gdy coś nas boli - możemy o tym powiedzieć, a już samo "wyrzucenie z siebie" bólu słowami, daje pewną ulgę. Jakbyś jednak czuł/a się zamknięta w więzieniu własnego ciała, przez ponad 25 lat? Jak działałoby na Ciebie określanie Twojej osoby "rośliną", z którą nigdy nie będzie kontaktu?

Po obejrzeniu filmu nie tylko możemy poczuć wstyd na nasze codzienne narzekania, ale może obudzić się też w nas moc i chęć pomagania innym. Cierpliwość i wyrozumiałość dla drugiego człowieka. Mamy możliwość spojrzenia na siebie i stwierdzenia "Dobrze jest!". Naprawdę "Chce się żyć!". A w chwilach zwątpienia wróćmy do filmowego Mateusza i setek osób, które są w jego sytuacji. Zastanówmy się, co możemy dla nich zrobić. Mając do dyspozycji mowę, poruszające się zgodnie z naszymi pragnieniami ręce i nogi. Być może właśnie wolontariat okaże się tym, co pozwoli nam zapomnieć o własnych problemach, ułatwi pomoc innym. I sobie.

Nie bójmy się odmienności! 


sobota, 15 listopada 2014

Pigułka szczęścia

Kiedyś takim mianem określano Prozac. Branie go było wręcz modne, a społeczeństwo w krajach zachodnich okrzyknęło go "pigułką szczęścia". Od tamtego czasu minęło kilkadziesiąt lat i Prozac stosowany jest już coraz rzadziej. Ale przemysły farmaceutyczne nie dają za wygraną! Na rynek trafiają kolejne leki mające łagodzić stany lękowe i przeciwdepresyjne, a wiele osób łyka je wręcz z lubością wierząc, że po nich znikną wszystkie ich problemy. Tak się jednak nie dzieje. Dlaczego?

"Organizm człowieka został przystosowany do radzenia sobie w trudnych sytuacjach bez udziału chemii. I bez problemu dawalibyśmy sobie radę nadal, gdyby nie obecne realia" - mówi +Monika Firlej, z wykształcenia psycholog - "Niestety dziś musimy być ciągle w formie, nie możemy pozwolić sobie na wolny dzień. Jeśli zatem lekarz mówi: po tym poczujecie się lepiej, bez zastanowienia chwytamy zaoferowany nam środek."

Jak się jednak okazuje, wiele leków mających łagodzić depresję, nie wystarcza. Lekarze dokładają więc do nich kolejne - na pobudzenie, na sen, psychotropy. Pacjent wychodzi od lekarza z receptami i rozpoczyna kurację. Uprzedzony, że pierwsze pozytywne efekty może zauważyć dopiero po kilku miesiącach, karnie łyka przepisane mu pigułki. Czy rzeczywiście jednak one pomagają?

"W dużym stopniu tak, o ile lekarz wie jak połączyć ze sobą konkretne specyfiki i z góry zastrzega, że po kilku miesiącach konieczne będzie stopniowe uwalnianie się od leków. Problem w tym, że zachwycony działaniem chemii pacjent, wcale tego nie chce!" - kontynuuje +Monika Firlej.

kobieta na haju
Młoda kobieta na haju wywołanym lekami psychotropowymi

I trudno się temu dziwić. Pierwsze miesiące i kolejne tygodnie, często przynoszą poprawę. Leki nasenne pozwalają się wyspać, człowiek jest pełen energii, apatia gdzieś znika. Gdy jednak na kolejnej wizycie u lekarza słyszy, że poprawa jest znaczna, można więc powoli leki odstawiać, w pacjencie pojawia się bunt. Uwierzył w nieograniczoną moc leków i ani myśli się z nimi rozstawać.W skrajnych przypadkach udaje się do innego lekarza, powtarza swoją historię, wspomina, że kiedyś świetnie podziałał na niego taki oto zestaw (...) i bardzo prosi o powtórzenie leków, które oczywiście w stosownym czasie odstawi.

"To błędne koło. Jeden pacjent potrafi odwiedzić nawet kilkunastu lekarzy, błagając, prosząc, zmyślając coraz to nowsze historie tylko po to, by dostać upragniony lek. I cóż - zwykle faktycznie go dostaje" - podsumowuje +Monika Firlej. 

Niestety leki psychotropowe i nasenne mają silne skłonności uzależniające. Wpływają na organizm i psychikę. Dotychczasowe dawki przestają wystarczać, pacjent więc na własną rękę bierze coraz więcej i więcej. Dramat przerywa zwykle dopiero przyjazd pogotowia po przedawkowaniu, a kolejnym krokiem jest już hospitalizacja.

Dlatego też warto działać w chwili, w której orientujemy się, że coś jest nie tak. Że ukochane leki zaczynamy nosić przy sobie, że podwajamy dawki, a pudełka z farmaceutykami skrzętnie chowamy w różnych miejscach w domu - tak na wszelki wypadek. To sygnał alarmowy, którego nie możemy przegapić. Co wtedy zrobić? Jak najszybciej zgłosić się do psychologa a gdy to nie wystarczy, pomocy szukać w zamkniętym ośrodku leczenia uzależnień. Odstawienie leków nie jest bowiem prostsze niż rezygnacja z picia czy nadużywania narkotyków. I może nie tylko zrujnować zdrowie, ale także - i nie bójmy się tego określenia - zabić. Dlatego też jak najszybciej należy skierować się do specjalisty, który pomoże nam powrócić do normalnego życia. Bez chemii.

Treści publikowane na tym blogu mają wyłącznie charakter informacyjny i nie mogą zastąpić konsultacji z lekarzem!